Reklama

Święci i błogosławieni

Proces toruński - przemilczane pytania

„Koniec procesu. Ale czy koniec sprawy?” Tymi słowami zakończyłem relację z 40-dniowego toruńskiego procesu sprawców porwania i śmierci ks. Jerzego Popiełuszki. Cenzor skrócił ją o całość drugiego zdania...

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Tak niewinne zapytanie zawierało aż tak zbrodniczy potencjał. To pobudzało ciekawość, co tak naprawdę znajduje się w kilkunastu tomach akt śledztwa, oprócz serwowanych nam fragmentów. Pozostawała tylko wyobraźnia, gdyż wtedy - w 1985 r. - nikt nie marzył, aby kiedykolwiek można było zaspokoić ciekawość, uzyskawszy do nich dostęp. Nic więc dziwnego, że było dla mnie wielkim przeżyciem, kiedy po ponad dwudziestu latach w czytelni IPN-u mogłem je wszystkie przestudiować.
Po ich lekturze dojmującym odczuciem jest przeświadczenie, że proces miał zawczasu wytyczoną logikę i zakres, a opinia publiczna dostała niezweryfikowany obraz porwania i zabójstwa księdza - taki, jaki przedstawili sami oskarżeni. Obraz ten powstał z niedoróbek śledztwa, ale i pominięcia przez sąd niektórych jego ustaleń, zupełnie odmiennie przedstawiających przebieg zdarzeń z tamtej październikowej nocy 1984 r. Ta lektura wyjaśniła też, dlaczego, posługując się różnymi sztuczkami, sąd nie chciał wezwać na przesłuchanie niektórych osób.

Co poprzedziło zbrodnię?

Reklama

Jak zatem wyglądał obraz porwania i zamordowania ks. Jerzego Popiełuszki przedstawiony przez sprawców? Trzech oficerów Służby Bezpieczeństwa, zajmujących się w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych sprawami Kościoła katolickiego, sfrustrowanych dotychczasowymi nieudanymi działaniami, które miały przerwać duszpasterską działalność ks. Jerzego Popiełuszki, postanowiło rozwiązać to po swojemu. Nie udała się próba spowodowania wypadku drogowego 13 października 1984 r. przez rzut kamieniem w przednią szybę samochodu, którym ksiądz wracał z Gdańska do Warszawy. W następnym tygodniu, 19 października, pojechali do Bydgoszczy, gdzie w kościele Świętych Polskich Braci Męczenników ksiądz odprawiał wieczorne nabożeństwo różańcowe. Kiedy ok. 21.30 wiozący go Waldemar Chrostowski wyruszył w drogę powrotną, pojechali za nimi. W miejscowości Górsk z wyprzedzającego ich samochodu Waldemar Chmielewski, ubrany na tę okazję w mundur milicyjny, dał znak świetlny, aby się zatrzymali. Kierowca samochodu księdza zatrzymał go tak, że znaleźli się kilka metrów przed samochodem zatrzymujących. Najpierw, pod pozorem kontroli trzeźwości, sprowadzony został do samochodu porywaczy kierowca. Tam założono mu kajdanki na ręce, a siedzącemu za kierownicą Leszkowi Pękali kazano go pilnować. Dwóch porywaczy - Grzegorz Piotrowski i Waldemar Chmielewski - poszło następnie do samochodu po pasażera, ks. Popiełuszkę. Wszyscy trzej porywacze, jak również siedzący już w ich samochodzie Waldemar Chrostowski, zgodnie zeznawali, że wysiadający z oporami z pojazdu ksiądz został przyprowadzony na wysokość bagażnika samochodu porywaczy i, już tylko według zeznań porywaczy, został pobity, a nieprzytomnego związano i wrzucono do bagażnika samochodu. W ciągu trwającej, według nich, 3-, 4-minutowej akcji nie mijał ich żaden samochód. Dopiero po włożeniu księdza do bagażnika zobaczyli światła samochodu zbliżającego się od strony Bydgoszczy, czyli jadącego w tym samym kierunku. To sprawiło, że odjeżdżali z miejsca porwania w przyśpieszonym tempie. Po kilku kilometrach jazdy w miejscowości Przysiek, po wyprzedzeniu przez porywaczy fiata 126p, Waldemar Chrostowski wyskoczył z samochodu. Ci pojechali dalej. Chrostowski próbował zatrzymać dopiero co wyprzedzonego fiacika, ale jadący nim nie zatrzymali się. Pobiegł do oświetlonego pobliskiego zabudowania, którym okazał się hotel pracowniczy. Recepcjonistka wezwała pogotowie ratunkowe, które, na prośbę Chrostowskiego, zawiozło go najpierw pod plebanię kościoła Mariackiego w Toruniu. Tamtejszy proboszcz, po wysłuchaniu jego relacji, namówił go, aby pojechał do szpitala. Karetka zawiozła go do szpitala, ale wkrótce pojawił się tam prokurator i nakazał przewiezienie go do kliniki milicyjnej. W rzeczywistości okazało się, że został przewieziony do budynku toruńskiej komendy milicji. Podczas przesłuchań odtworzył przedstawiony wyżej przebieg zatrzymania samochodu i swojej ucieczki.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Co zeznali sprawcy?

Reklama

Dalsze wydarzenia i działania porywaczy po ucieczce Chrostowskiego znane są tylko z ich własnych, zresztą zgodnych, zeznań. Siedzący na tylnym siedzeniu Piotrowski miał zauważyć przez tylną szybę, że znajdujący się w bagażniku ksiądz wypycha pokrywę bagażnika. W dodatku jakiś nienaturalny dźwięk spowodował, że kierowca skonstatował, iż samochód uległ uszkodzeniu, bo nie mógł utrzymać dotychczasowej prędkości. Zatrzymali się zatem na parkingu, jeszcze na prawym brzegu Wisły, w pobliżu toruńskiego mostu drogowego i hotelu „Kosmos”, aby zaradzić obydwu problemom. Doszli do wniosku, że wyciekła część oleju. Kiedy kierowca otworzył bagażnik, ksiądz miał wyskoczyć z niego i próbować ucieczki. Dopadnięty przez porywaczy, został na nowo skatowany, związany i ponownie wrzucony do bagażnika. Przejechali mostem i skierowali się na drogę prowadzącą do Włocławka. Przy wyjeździe z miasta zatrzymali się w pobliżu stacji benzynowej i jeden z nich poszedł dokupić oleju, a pozostali starali się nie dopuścić, aby ksiądz, który widocznie znowu odzyskał przytomność i siły, wypchnął pokrywę bagażnika. Ujechali więc kawałek, skręcili do lasu, zbili kapłana, jeszcze dokładniej go skrępowali i - jak sami przyznali - nieprzytomnego wepchnęli do bagażnika. Po kilkunastu kilometrach znowu spostrzegli, że ksiądz wypycha pokrywę. Wjechali w głąb lasu, wyjęli go, dodali kilka ciosów drewnianą pałką, w usta wcisnęli knebel i przymocowali go plastrami. Na koniec, odtwarzając dokładnie sposób stosowany przez mafię włoską, do podkurczonych nóg ofiary przywiązali worek z kamieniami, a podtrzymujące je sznury poprowadzili wokół gardła, aby każdy ruch wyprostowujący nogi zaciskał sznur na gardle i dusił księdza. Kiedy dojechali do Włocławka, dwukrotnie natknęli się na posterunki milicji drogowej. Za każdym razem, pokazując przez szybę specjalną przepustkę, byli przepuszczani bez zatrzymywania się i kontroli. Najpierw skierowali się w stronę Płocka, ale zaraz zawrócili i ponownie, mijając bez zatrzymania ten sam patrol drogowy, wjechali na tamę. Dojechali do końca, wyjęli obciążonego workiem z kamieniami księdza i wrzucili do Wisły. Według nich, była dokładnie północ. Przez Lipno wrócili do Warszawy.

Co wynika z akt?

Reklama

Pozwoliłem sobie przypomnieć tę funkcjonującą od czasu rozprawy toruńskiej wersję wydarzeń, aby na jej tle, odwołując się do stwierdzeń znalezionych w aktach śledztwa, ukazać różnice przez sąd pominięte milczeniem.
Jednymi z pierwszych, którzy zetknęli się z tą sprawą, byli lekarz, sanitariusz i kierowca - obsada karetki pogotowia. Wszyscy trzej panowie zgodnie zeznali, że kiedy wieźli Waldemara Chrostowskiego do Torunia, to mówił im, że jadąc z księdzem, w światłach swego samochodu zauważył na poboczu stojącego funkcjonariusza ruchu drogowego, który latarką dawał mu znak zatrzymania. Obok funkcjonariusza stał samochód - fiat 125p i dwie osoby ubrane po cywilnemu. Sam Chrostowski dwie godziny później w zeznaniach na komendzie toruńskiej relacjonował, iż samochód jechał za nimi. Czy to, co zeznała załoga karetki, było tylko przejęzyczeniem Chrostowskiego, czy oni trzej źle zapamiętali jego pierwszą chronologicznie relację z porwania? O tę zasadniczą sprzeczność sąd nie pytał Chrostowskiego ani nie wezwał na rozprawę załogi karetki.
Kiedy, po zawiadomieniu przez ks. Nowakowskiego, milicja drogowa odnalazła samochód, którym podróżował ks. Popiełuszko, dyżurny komendy toruńskiej skierował tam milicjanta z psem tropiącym. Milicjant dotarł tam o 23.40, czyli w niecałe dwie godziny po porwaniu. Przewodnik powtórzył później ze trzy, cztery razy: pies zawsze dochodził do tego samego miejsca, zaczynał krążyć wkoło. Doświadczenie i logika podpowiadały przewodnikowi, że w miejscu, w którym pies tracił ślad księdza, mógł stać inny samochód. Pozostają więc w całkowitej sprzeczności zeznania zarówno trójki oskarżonych, jak i Waldemara Chrostowskiego. Wszyscy oni bowiem zgodnie twierdzili, że ksiądz prowadzony był do samochodu porywaczy, stojącego za samochodem, z którego go wyprowadzono, czyli w kierunku przeciwnym do wskazanego przez psa. Komu wierzyć - bezstronnemu psu czy ludziom uczestniczącym w całym zdarzeniu? Sąd nie zajmował się takimi problemami. Prawdopodobnie uznał za najprawdziwszą tę wersję, którą kilkanaście godzin po porwaniu przesłano zdumiewającym w swej treści szyfrogramem z komendy toruńskiej do Biura Śledczego MSW: „Użyty na miejscu pozostawienia samochodu marki Volkswagen pies tropiący nie podjął śladu”. W tymże szyfrogramie zasygnalizowano - i nigdy już potem - wspomnianą wyżej sprzeczność zeznań Chrostowskiego i załogi karetki.
Był też ciąg dalszy historii z psami. Już w Warszawie przewodnik z Komendy Głównej użył dwóch psów do stwierdzenia, czy i gdzie w samochodzie porywaczy zachowały się ślady obecności porwanych. W pierwszej części eksperymentu obydwa psy nie wskazywały obecności Chrostowskiego w tym samochodzie. W powtórzonym po godzinie eksperymencie pierwszy pies zasygnalizował bardzo wyraźnie, że zapach pochodzący z ubrania Chrostowskiego odnalazł od razu i zdecydowanie na tylnym siedzeniu, za miejscem kierowcy. Drugi pies znowu niczego nie znalazł.
Kolejny etap poszukiwań dotyczył zapachu z marynarki znalezionej w samochodzie porwanych. Z kontekstu zeznań śledczych wynikało, że była to marynarka księdza. Obydwa psy nie znalazły zapachu księdza w bagażniku (gdzie miał przebywać co najmniej dwie godziny). Natomiast jeden z nich na swój sposób zasygnalizował obecność tego zapachu na… przednim siedzeniu. Czy rację miały psy, czy może pięciodniowy odstęp od wydarzeń z tamtej dramatycznej nocy zatarł ślady, czy może… Sąd w ogóle nie zastanawiał się nad tym.

Niemi i milczący świadkowie

Pytania mnożą się po przeczytaniu zeznań jak dotąd jedynych świadków części wydarzeń tamtego wieczoru na szosie toruńskiej. Ci dwaj mężczyźni wracali małym fiatem z Bydgoszczy do Torunia. W okolicach Górska jeden z nich, pasażer, dostrzegł dwa samochody - jasnego dużego fiata z literami KZC i przed nim zielonego volkswagena z pierwszą literą rejestracji - W. Samochody były nieoświetlone, nie widział nikogo w nich ani obok nich. Za kilka minut to właśnie ich wyprzedzał duży jasny fiat. Kiedy był już przed nimi, zauważyli snop iskier, podobny do tego, jaki pojawia się przy wyrzuconym papierosie. Fiatem przez moment jakby zarzuciło, a kiedy już zniknął im z zasięgu świateł, z przydrożnego rowu wyszedł człowiek, który próbował ich zatrzymać. Jeden ze świadków, nawet po ponad dwudziestu latach od tamtego wydarzenia, twierdzi, że człowiek próbujący ich zatrzymać ręce miał jakby czymś związane. Całe to zeznanie stoi jednak w sprzeczności z zeznaniami i oskarżonych, i Waldemara Chrostowskiego, którzy ani słowem nie wspominali, że opuścili samochód (chyba że się w nim kryli, widząc światła nadjeżdżającego samochodu - ale dlaczego?) i że kiedy jeszcze byli na miejscu porwania, mijał ich jakiś samochód. Sąd podczas rozprawy nie przychylił się do wniosku oskarżycieli posiłkowych, aby wezwać tych świadków, uznając, że ich zeznania niczego do sprawy nie wniosą.
Sąd przemilczał również zawartą w aktach notatkę służbową oficera MO, który opisał w dniu 25 października znalezienie różańca w pobliżu mostu toruńskiego i pobliskich ruin tzw. Zamku Dybowskiego. Jego drewniane paciorki były wytarte od używania. Leżał na ścieżce, a obok widoczne były ślady opon samochodowych. Według notatki, leżał tam od niedawna, gdyż części metalowe, mimo wilgoci, nie były zaśniedziałe. Znalezisko to, udokumentowane fotografiami, zostało już w czasie śledztwa uznane za powiązane z osobą księdza, skoro odnotowano je w aktach, ale nie doczekało się żadnych dalszych dochodzeń ani nie było wyjaśniane w sądzie. Przez dwadzieścia lat różaniec ten znajdował się w aktach śledztwa i ponownie został „odnaleziony” przez pracownika bydgoskiego IPN-u, przygotowującego w 2004 r. rocznicową publikację. Prawdopodobieństwo, że należał do ks. Popiełuszki, zwiększa fakt, iż wśród przedmiotów znalezionych w sutannie - a według zeznań kierowcy, po wyjeździe z Bydgoszczy ksiądz odmawiał Różaniec - nie znaleziono żadnego innego. Jeżeli był to różaniec księdza, to po raz kolejny oskarżeni, którzy w tej sprawie byli jednocześnie dla siebie świadkami, nie powiedzieli prawdy. W ich zeznaniach nie ma ani słowa o zjeździe pod dopiero co przejechany most, a sporo miejsca zajmowały opisy tego, co robili z księdzem przed przejechaniem tego mostu. Zapomnieli, że tam byli, czy może już nie oni tam przeładowywali księdza do innego samochodu? Zastanawiająca jest obojętność organów śledczych wobec tego znaleziska i przejście sądu do porządku dziennego nad tym tajemniczym faktem. Dodatkowe znaki zapytania wobec tego znaleziska rodzą dziennikarskie ustalenia, poczynione co prawda dopiero dwadzieścia lat później, lecz wskazujące, że oficer MO nadzorujący te poszukiwania dostał wtedy od komendanta wojewódzkiego nie nagrodę, ale naganę za niekompetencję.
I na koniec szczególnie intrygująca zagadka milczenia sądu. W aktach śledztwa znajduje się zeznanie młodej wówczas pracownicy ministerstwa, z którą Grzegorz Piotrowski spotkał się w kawiarni Wilanowskiej dwa dni po porwaniu księdza. Podkreślając, że mówił jej prawdę o zniknięciu księdza, wyznał: „Maczałem w tym palce, ale ja tego nie zrobiłem. Gdybym jeszcze raz miał to zrobić, na pewno już bym się tego nie podjął”, dodając dalej mgliste słowa o ludziach z wyższych szczebli, którzy najpierw namawiają, a potem odcinają się od wszystkiego. Po 1990 r., w ramach przesłuchań związanych z tzw. procesem generałów, okazało się, że ta pani była z osądzoną trójką podczas pierwszej próby zamachu na księdza - spowodowania wypadku samochodu, którym jechał z Gdańska do Warszawy. O jej przesłuchanie przed sądem kilkakrotnie wnioskowali oskarżyciele posiłkowi, ale nigdy przed sądem nie stanęła. Na każdy wyznaczony termin dosyłała zaświadczenie, że jest chora.

Zwycięstwo ks. Jerzego

Nie rozwijam wątku, który w ostatnich latach przewijał się na różnych łamach - pytania o to, kiedy faktycznie ksiądz zakończył życie, a kiedy jego ciało zostało faktycznie zatopione w nurtach Wisły. Wątpliwości zrodziły zeznania nurków, którzy jako pierwsi, pięć dni po porwaniu księdza, penetrowali dno rzeki w pobliżu tamy. Wtedy ciała nie znaleziono, co ekipie znającej doskonale to miejsce dawało pewność, że go tam nie ma. Po następnych pięciu dniach, w tym samym miejscu, co prawda przez innych nurków, ciało ks. Jerzego zostało znalezione. Ale jednocześnie, według ich doświadczeń z podobnymi sytuacjami, stan przedmiotów znalezionych w kieszeniach księdza sugerował, że ciało nie leżało w wodzie całe dziesięć dni i nocy. Stąd zrodziły się domysły, że może ksiądz został zabity później, aniżeli podawała oficjalna wersja. Z tym nie zgadzają się jednak wyniki sekcji, wskazujące, że niestrawiony jeszcze pokarm był taki sam, jak spożywany podczas kolacji w Bydgoszczy. Nie ma natomiast jednoznacznej odpowiedzi na pytanie o dokładny czas pozostawania ciała w Wiśle, w miejscu, w którym je znaleziono.
To prawda, że zarówno brak odpowiedzi na te pytania, jak i ewentualna, nawet drastycznie inna, prawda o przebiegu wydarzeń tamtej nocy nie wpłynęła na ostateczny finał. Ks. Popiełuszko zginął jako męczennik systemu komunistycznego; z nienawiści tego systemu do wszelkiej działalności Kościoła i ludzi Kościoła. Tego nie zmienią nawet najbardziej bulwersujące ustalenia czy - ciągle przecież jeszcze możliwe - szczere wyznania sprawców i współpracujących z nimi. I tych bezpośrednich, i tych, którzy nadal pozostają w cieniu. Z tego punktu widzenia może nawet należałoby przyjąć, że to już koniec sprawy, dać sobie spokój i nie powracać do pytań, na które już niemal trzy dekady i tak nie ma odpowiedzi. Tym bardziej że na zupełnie innej płaszczyźnie sprawa tak dramatycznie zaczęta dwadzieścia osiem lat temu na szosie pod Toruniem przynosi teraz zaskakujące, nie do przewidzenia wtedy, rozwiązania. Przede wszystkim - nowy błogosławiony, o którym wielu może powiedzieć: znałem go, widziałem go, słyszałem go. Niewielu pokoleniom to się zdarza. Ale także i to - jestem wewnętrznie przekonany - że to jemu zawdzięczamy fakt, iż jedna z głównych, choć pozostających w cieniu, postaci z galerii odpowiedzialnych za śmierć ks. Jerzego - generał P. przed śmiercią pojednał się sakramentalnie z Panem Bogiem. Jeśli dla pozostałych miałby nastąpić podobny finał, to cóż wobec takich cudów znaczą wszystkie te przypomniane czy spóźnione pytania?

2012-12-31 00:00

Oceń: +1 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Bł. biskup Michał Kozal

Niedziela włocławska 5/2003

[ TEMATY ]

błogosławiony

Bł. bp Michał Kozal

Bł. bp Michał Kozal
Michał Kozal urodził się 25 września 1893 r. w Nowym Folwarku k. Krotoszyna. Jego rodzicami byli Jan i Marianna z domu Płaczek. Byli to ludzie zacni, głęboko religijni i biedni: rodzina była wielodzietna. Michał uczęszczał do Szkoły Podstawowej i do Gimnazjum w Krotoszynie, gdzie należał do tajnego koła, którego celem było krzewienie wśród uczniów pochodzenia polskiego, języka i kultury ojczystej. Po ukończeniu niemieckiej szkoły średniej wstąpił do Seminarium Duchownego w Gnieźnie. Był rok 1914. W Europie huczały armaty, w okopach walczyli żołnierze, ludzie cierpieli poniewierkę i głód, miasta zamieniały się w ruiny. Jeszcze w czasie trwania pożogi wojennej, 23 lutego 1918 r., Michał Kozal otrzymał święcenia kapłańskie w katedrze gnieźnieńskiej. Kapłańska droga przyszłego Biskupa wiodła z parafii Pobiedziska i Kościelec k. Inowrocławia, poprzez Krostkowo k. Nakła - do Bydgoszczy. Dał się poznać jako niezwykle gorliwy katecheta i spowiednik. Odznaczał się dużą wyrozumiałością, żył modlitwą, był przystępny, uczynny i miłosierny. W 1923 r. został katechetą w żeńskim gimnazjum w Bydgoszczy, sprawując równocześnie rozmaite funkcje w Kurii Arcybiskupiej w Gnieźnie. Cztery lata później został ojcem duchownym, a następnie rektorem WSD w Gnieźnie, jednocześnie będąc tam wykładowcą teologii fundamentalnej i liturgiki. Ks. M. Kozal wywierał dobroczynny wpływ na seminarzystów, gdyż był autentycznym mężem modlitwy i rektorem, który kochał młodzież. W 1939 r. papież Pius XII mianował ks. M. Kozala biskupem pomocniczym diecezji włocławskiej. Sakrę biskupią otrzymał 13 sierpnia 1939 r. w katedrze we Włocławku z rąk bp. Karola Radońskiego. Wkrótce rozpoczęła się II wojna światowa. Bp M. Kozal pozostał we Włocławku, pełen odwagi i poświęcenia. Był podporą i przykładem dla duchowieństwa i wiernych. 7 listopada 1939 r. Niemcy aresztowali go wraz z grupą profesorów i alumnów. Osadzony najpierw w miejscowym więzieniu, 16 stycznia 1940 r. został wraz z pozostałymi duchownymi przewieziony do obozu przejściowego w Lądzie n. Wartą. W starym pocysterskim klasztorze zaczął się dla przyszłego Błogosławionego kolejny etap męczeńskiej drogi życia. Pisał o tym we wspomnieniach towarzysz jego lądzkiej niedoli, ks. Władysław Bartoń: "Ksiądz biskup Michał Kozal cieszył się wśród nas wszystkich w Lądzie ogromną powagą. Skupiony zawsze, pobożny, spokojny, opanowany, a przy tym tak dobry, tak mądry i taktowny. Być może, że on wywierał dziwny dobry wpływ na innych, że wytworzyła się tak piękna harmonia i zżycie ze wszystkimi. Nie zapomnę nigdy tych długich, a jakże mądrych rozmów i dyskusji, jakie prowadziliśmy w parku czy ogrodzie. Prawdziwy heroizm jego cnót miał zajaśnieć dopiero w Dachau, skąd już nie wyszedł". Latem 1940 r. wywieziono z Lądu większość duchownych. W obozie pozostało ich dziewięciu wraz z bp. Kozalem. Warunki życia pogorszyły się, ograniczono kontakty ze światem zewnętrznym. 3 kwietnia wszystkich kapłanów wywieziono drogą przez Inowrocław, Berlin, Halle, Weimar i Norymbergę do obozu w Dachau, gdzie transport dotarł 25 kwietnia. W obozowych warunkach Ksiądz Biskup okazywał wielkość swojego ducha. Głodową porcją chleba dzielił się z innymi, zwłaszcza z klerykami, dla których pozostał najlepszym ojcem, służył kapłańską posługą chorym i umierającym konfratrom. Podobnie jak św. Paweł cieszył się, że może cierpieć dla Jezusa. Zupełnie wycieńczony, zachorował na tyfus. Przeniesiony na tzw. rewir, zmarł 26 stycznia 1943 r. dobity śmiertelnym zastrzykiem fenolu. Miał niespełna 50 lat. Jego ciało zostało spalone w obozowym krematorium. Bp Michał Kozal należy do grona 220 kapłanów diecezji włocławskiej, którzy zginęli w obozie koncentracyjnym w Dachau. 14 czerwca 1987 r. Papież Jan Paweł II beatyfikował bp. M. Kozala. Podczas uroczystości beatyfikacyjnej, odbywającej się na placu Defilad w Warszawie, Ojciec Święty wygłosił kazanie, w którym powiedział m. in.: "Bp Michał Kozal, powołany w przededniu ostatniej wojny i straszliwej okupacji do posługi biskupiej w Kościele włocławskim, potem więziony i zesłany do obozu koncentracyjnego w Dachau. Jeden z tysięcy tam umęczonych - odszedł w opinii świętości. Dziś tu, w Warszawie, wyniesiony do chwały ołtarzy jako męczennik. Rodacy znają koleje jego życia i męczeństwa. Oto człowiek, jeszcze jeden wśród tych, w których okazała się Chrystusowa władza «w niebie i na ziemi». Władza miłości - przeciw obłędowi przemocy, zniszczenia, pogardy i nienawiści. Tę miłość, którą Chrystus objawił, bp Kozal przyjął w całej pełni jej wymagań. Nie cofnął się nawet przed tym najtrudniejszym: «Miłujcie waszych nieprzyjaciół» (Mt 5, 44). Niech będzie jednym jeszcze patronem naszych trudnych czasów, pełnych napięcia, nieprzyjaźni i konfliktów. Niech będzie wobec współczesnych i przyszłych pokoleń świadkiem tego, jak wielka jest moc łaski Pana naszego Jezusa Chrystusa - Tego, który «do końca umiłował». Od 11 maja 1995 r. bł. Michał Kozal jest patronem Włocławka.
CZYTAJ DALEJ

Warszawa: zawiadomienie do prokuratury w związku z wyrwaniem krzyży na Kopcu Powstania Warszawskiego

2026-03-13 12:33

[ TEMATY ]

krzyż

dewastacja

Fot. Radosław Sosnowski

Instytut Ordo Iuris, wraz ze Stowarzyszeniem „Marsz Niepodległości” i trzema pokrzywdzonymi, złożył zawiadomienie do prokuratury w związku z wyrwaniem krzyży znajdujących się na Kopcu Powstania Warszawskiego. W nocy z 28 lutego na 1 marca, w przededniu Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych, nieznani sprawcy usunęli stamtąd około dziesięciu drewnianych krzyży i porzucili je w pobliskich krzakach. Na każdym z krzyży widniało imię, nazwisko i pseudonim powstańca warszawskiego.

Instytut Ordo Iuris, Stowarzyszenie „Marsz Niepodległości” oraz trzech pokrzywdzonych złożyli zawiadomienie do prokuratury, w związku z wyrwaniem krzyży z Kopca Powstania Warszawskiego. Zawiadomienie dotyczy znieważenia miejsca pamięci (przestępstwo z art. 261 Kodeksu karnego) i publicznego znieważenia przedmiotu czci religijnej jakim jest krzyż (art. 196 k.k.).
CZYTAJ DALEJ

Austria: biskupi apelują o większe wsparcie dla rodzin

2026-03-13 16:08

[ TEMATY ]

Austria

rodziny

Adobe Stock

W obliczu spadającej liczby urodzeń, izolacji społecznej i grożącej „demograficznej zimy” biskupi katoliccy Austrii wzywają do wzmocnienia wsparcia dla rodzin i stworzenia społeczeństwa bardziej przyjaznego dzieciom. „Tam, gdzie dzieci są mile widziane, a rodziny doświadczają wsparcia, rośnie nie tylko osobiste szczęście i sens życia, ale także nadzieja na życie społeczne w duchu wspólnoty i wzajemnej pomocy” - czytamy w opublikowanym 13 marca tekście Austriackiej Konferencji Biskupów. Wzywaj też oni do większego zaangażowania ojców w opiekę nad dziećmi - czytamy w komunikacie opublikowanym po wiosennym zgromadzeniu plenarny w Pischelsdorfie we wschodniej Styrii.

W 2025 roku urodziło się w Austrii 75 718 dzieci, a jednocześnie odnotowano 86 766 zgonów - czytamy w rozdziale „Gdzie dzieci są mile widziane, tam rośnie przyszłość”. Oznacza to, że saldo urodzeń było ujemne już po raz szósty z rzędu. Również średnia liczba dzieci na kobietę, wynosząca 1,29, osiągnęła rekordowo niski poziom i jest znacznie niższa od poziomu niezbędnego do stabilnego rozwoju demograficznego. W obliczu tych zmian biskupi zachęcali, aby naturalną częścią życia kościelnego stały się nabożeństwa przyjazne dzieciom, miejsca spotkań dla rodziców i dzieci oraz inicjatywy przezwyciężające samotność.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję