Reklama

Niedziela Łódzka

Strażnik

Jedni muśnięciem zaznaczają swoje życie, a inni, jak Radosław Kluska, pozostawiają ślady w granicie. Żył pięknie i szybko.
Tak jakby chciał zdążyć – z biegami, ze zbiórkami, z turniejami, pomocą, ale przede wszystkim z okazywaniem szacunku drugiemu człowiekowi. Czy zdążył? Tak

Niedziela łódzka 21/2016, str. 6-7

[ TEMATY ]

sylwetka

Archiwum Straży Miejskiej

Radosław Kluska

Radosław Kluska

Bądź na bieżąco!

Zapisz się do newslettera

Pozostawił po sobie wyraźny ślad – rysę w granicie, bo ten ciepły, dobry, pełen empatii, serdeczności i uśmiechu człowiek żył, biegnąc ciągle do przodu i zagarniając po drodze ludzi. Przyciągał ich swoim autentyzmem, radością, sobą. Tym, że był porządnym człowiekiem. Zawsze i w każdej sytuacji. Dlatego po nagłej śmierci Radosława Kluski tak wielu nie wstydzi się łez. Przecież odszedł ktoś, kto tak bardzo był dla innych, ktoś nieprzeciętny, ktoś niezastąpiony. Strażnik. Nie tylko służbowo, jako szef wydziału dowodzenia łódzkiej straży miejskiej, ale też pełniący tę funkcję w życiu: strażnik rodziny, strażnik wiary, strażnik przyjaźni, strażnik tych potrzebujących pomocy.

Wyprzedzał o pół kroku

Reklama

Rzecznik i naczelnik wydziału dowodzenia straży miejskiej, inicjator i organizator corocznych biegów „W dzień Matki do Matki” do sanktuariów w Polsce i „W dzień Ojca do Ojca” do Watykanu, turniejów piłkarskich, akcji pomocy w ramach Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, Szlachetnej Paczki czy mniejszych, ludziom, którzy jej potrzebowali. Niosący wraz z kolegami relikwie św. Faustyny w czasie Święta Patronki Łodzi, krzyż na Drodze Krzyżowej ulicami miasta, organizator Mszy św. dla strażników, ministrant, lektor. Wielki kibic piłki nożnej i Widzewa Łódź. Patriota, który nie wstydził się tego okazywać. Z tego znali go niemal wszyscy w naszym mieście. Był też wspaniałym kolegą, przyjacielem, dobrym duchem każdego spotkania. Dawał tym, którzy byli wokół, wiele radości. I w każdym dostrzegał człowieka. – Takich ludzi się nie spotyka – mówi Leszek Wojtas, przyjaciel ze straży miejskiej, który z Radkiem Kluską znał się prawie 24 lata, a 8 ostatnich pracował biurko w biurko – o takim sercu, optymizmie, roztaczających taką aurę, o dążeniu cały czas do przodu – wylicza. Podkreśla zwłaszcza tę niesamowitą wiarę w to, że się uda. – Radek był zawsze na końcu każdego projektu, nie zadawał sobie pytania o problemy, o przeszkody, o to, co może nas spotkać, bo on wiedział, że dojdzie do celu i co najciekawsze – zawsze tak się działo. Jak przyznaje: „Radek wyprzedzał nas zawsze o pół kroku”. I to nie chodzi tylko o inicjatywy. Ale też o drobne, zwykle gesty. – święta Wielkanocne – dla wszystkich baranek, był w Ziemi Świętej– to dla każdego przywiózł różaniec, na Boże Narodzenie – jakiś lampionik – uśmiecha się. – Wie pani, że pierwsze, co robił po rozpoczęciu nowego roku, to przepisywał sobie stary kalendarz. To były daty – imieniny, urodziny. Także Piotr Czyżewski, najbliższy kolega, przyjaciel, który z Radkiem Kluską tworzył zgrany team przy realizacji przeróżnych inicjatyw, wskazuje na ten wielki szacunek do człowieka – dla niego najważniejsi byli ludzie, z którymi pracuje, których spotyka. I pamięć o drobnych rzeczach. Takich, które potem składają się na coś wielkiego.

Pomóż w rozwoju naszego portalu

Wspieram

Patriotyczne marzenie – Monte Cassino

Reklama

To Radek z Piotrem byli głównymi animatorami programów, pomysłów, które wykraczały poza kompetencje i zdania straży miejskiej. Choćby te słynne już biegi. – Po biegu do Lichenia w 2009 r. wiedzieliśmy z Radkiem, że skończymy w Watykanie – opowiada – ale na początku wszyscy pukali się w głowę, że to niemożliwe. My jednak w to nie zwątpiliśmy nigdy i dążyliśmy do celu, a potem pobiegliśmy i przekonaliśmy wszystkich – mówi. Obaj strażnicy uśmiechają się na wspomnienie pobytu w Watykanie. Opowiadają, jak przewidujący był ich kolega, jak martwił się o to, by się nikt w muzeach nie pogubił, jak mdlały mu ręce, bo trzymał wysoko tabliczkę. Ile było w nim radości i dumy, że sztafetą przez pół Europy dotarli na miejsce. Pokazują też zdjęcia. Na nich roześmiany Radek Kluska, z kolegami, ze spotkanymi po drodze policjantami, biegnący na swojej zmianie. Pierwszy projekt biegów strażnicy zakończyli w Watykanie. Co dalej? Radek z Piotrem mieli marzenie, by pobiec na Monte Cassino. To wiąże się z ich światopoglądem i tym, że obaj to patrioci. Biorący udział w biegach niepodległościowych, w uroczystościach. Monte Cassino – taki był plan, który byłby zrealizowany. Byłby. Czy będzie? – Od dnia tragicznej śmierci Radka świat jest już inny dla mnie – mówi najbliższy przyjaciel – w pracy mamy duże zdjęcie, na którym jestem z Radkiem. Ile razy obok przechodzę, jest mi po prostu ciężko. Straciłem przyjaciela. Coś się skończyło – tłumaczy.

Zarażał pasją i radością

Dla niego i wielu ludzi znających Radka Kluskę, ten był w każdej sytuacji bardzo porządnym człowiekiem. A Leszek Wojtas podkreśla, że jedni muśnięciem zaznaczają swoje życie, a inni, jak Radek, pozostawiają ślady w granicie. Obaj chcą i wierzą, że dzieła, których motorem był ich przyjaciel, będą kontynuowane. Że nadal strażnicy ze swoimi rodzinami będą spotykali się w Boże Narodzenie i Wielkanoc na Mszach św., że będą na uroczystościach i procesjach. Bo on by tego chciał. – Radek był człowiekiem głębokiej wiary, ale nikomu jej nie narzucał i szanował ludzi o innych poglądach – mówią. I to też w nim ujmowało. I wpisywało się w to zwyczajne niezwyczajne podejście do drugiego człowieka. Radek Kluska był szczęśliwy i tym szczęściem się dzielił i obdarzał nim innych. Już do historii przejdą setki, tysiące zdjęć zrobionych na turniejach, biegach, zawodach czy uroczystościach, i opublikowanych potem na Facebooku. Pasją i radością tak pięknie emanował. Dlatego na długo pozostanie w pamięci i sercach ludzi. Bo swoim życiem, swoją postawą, swoją pracą i działaniem pokazywał, że wartością są relacje z ludźmi, przyjaźnie i okazywane im serce. Strażnik, głowa rodziny, kochający mąż i tata, który dawał dobry przykład nie tylko swojemu synowi i córce. Strażnik, który pochylał się nad potrzebującym pomocy, który realizował marzenia i odważnie dawał świadectwo, jak pięknie żyć. Charakterystyczny sylwetką, głosem, sposobem bycia. Niezwykle skromny, a jednocześnie tak wielki. Pewnie dlatego, gdy opowiadają o nim jego koledzy, trudno im powstrzymać szklenie oczu czy drżenie głosu. Ale też uśmiech i chęć dzielenia się tym, co radosnego wniósł w ich życie, w życie ich rodzin.

Pamięć...

Radek razem z przyjaciółmi ze straży miejskiej miał pełnić wartę przy trumnie płk. „Łupaszki”, podczas łódzkiego pożegnania w katedrze. Zginął dzień przed uroczystością... – patrzę na puste miejsce, puste biurko i karton rzeczy, który musimy oddać żonie i tak trudno to, co się stało, pojąć – przyznaje Leszek Wojtas. Następnego dnia Radek miał na niego czekać na Widzewie, mieli podrzucić Janka do szkoły i pojechać do pracy... a Piotr Czyżewski dodaje: – Idę na cmentarz, czytam i nie wierzę w to, co tam napisane. Teraz pozostała tylko pamięć... i ona jest naszym obowiązkiem.

2016-05-19 13:02

Oceń: 0 0

Reklama

Wybrane dla Ciebie

Lekarz, naukowiec, kapłan

Niedziela Ogólnopolska 47/2019, str. 40-41

[ TEMATY ]

sylwetka

s. Julia Świderska FCM, „Doktor ze Lwowa

Dr Henryk Mosing

Dr Henryk Mosing

Mieszkał we Lwowie. Przez 38 lat był kapłanem, ale wiedziało o tym niewiele osób. Jeszcze mniej wiedziało, że święcenia przyjął nocą z rąk kard. Stefana Wyszyńskiego

Dr Henryk Mosing znany był jako naukowiec, epidemiolog, bliski współpracownik prof. Rudolfa Weigla, wynalazcy szczepionki przeciw tyfusowi
CZYTAJ DALEJ

Odrzucona Ewangelia nie przestaje być Ewangelią

[ TEMATY ]

Ks. Krzysztof Młotek

Glossa Marginalia

Adobe Stock

Hiob woła do przyjaciół o litość, „bo ręka Boga mnie dotknęła”, a zaraz potem wypowiada pragnienie, które dla prawnika brzmi jak żądanie utrwalenia dowodu: „oby me słowa zostały spisane, oby w księdze utrwalone, rylcem żelaznym i ołowiem na skale wyryte na wieki”. Człowiek, któremu współcześni odmówili racji, apeluje do trybunału przyszłości. Skoro proces doczesny jest nie do wygrania (zob. glossę na 30 IX), niech przynajmniej akta przetrwają. Pismo utrwalone na skale to w starożytności forma najtrwalszej publikacji, jak inskrypcja królewska. Hiob chce, by jego sprawa nie umarła razem z nim. Wtedy, z samego dna, wyrywa się zdanie, które przerosło całą księgę: „lecz ja wiem: Wybawca mój żyje, na ziemi wystąpi jako ostatni”. Hebrajskie goel oznacza krewnego-mściciela, wykupiciela, tego, kto z mocy prawa rodowego wykupywał krewnego z niewoli, odzyskiwał jego ziemię i ujmował się o jego krew (por. Kpł 25; Rt 4). Hiob, opuszczony przez wszystkich, wyznaje, że ma jeszcze jednego Krewnego, który wstanie „jako ostatni”, dosłownie jak ten, kto w procesie zabiera głos na końcu i rozstrzyga. Wulgata przełożyła śmiało: Scio enim quod redemptor meus vivit, i tak te słowa weszły do liturgii za zmarłych, gdzie Kościół śpiewa je nad trumnami do dziś. „Ja sam Go zobaczę, moje oczy ujrzą, nie kto inny; moje nerki już mdleją z tęsknoty”. Tekst hebrajski jest w szczegółach ciemny i tłumacze biedzą się nad nim od wieków, ale kierunek nadziei jest jasny. Hiob spodziewa się zobaczyć Boga po swojej stronie. Chrześcijańska lektura od czasów Ojców słyszała tu przeczucie zmartwychwstania. Dzisiejsza patronka, Teresa z Lisieux, przeszła pod koniec życia własną noc wiary, próbę ciemności, o której mówiła, że siedzi przy stole niedowiarków. Właśnie w tej nocy powtarzała akt ufności. Mała droga i wielka skarga Hioba spotykają się w jednym punkcie. Ufność jest decyzją miłości podjętą w ciemku.
CZYTAJ DALEJ

Wałbrzych. Ostatnia prosta przed święceniami

2026-10-01 20:00

[ TEMATY ]

diakonat stały

Janusz Radziszewski

Diecezjalny Ośrodek Formacyjny w Opolu

Janusz Radziszewski podczas uroczystego wyznania wiary przed święceniami diakonatu stałego.

Janusz Radziszewski podczas uroczystego wyznania wiary przed święceniami diakonatu stałego.

Już tylko kilka dni dzieli Janusza Radziszewskiego od święceń diakonatu stałego. 1 października w parafii Podwyższenia Krzyża Świętego kandydat złożył wymagane przed święceniami wyznanie wiary i przysięgę.

To kolejna, a zarazem jedna z ostatnich stacji na drodze Janusza Radziszewskiego do diakonatu stałego. W czwartek 1 października podczas liturgii w wałbrzyskiej parafii na Podzamczu złożył on uroczyste wyznanie wiary oraz przysięgę przewidziane dla kandydata przygotowującego się do przyjęcia święceń.
CZYTAJ DALEJ

Reklama

Najczęściej czytane

REKLAMA

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Zarząd Instytutu NIEDZIELA wyznaczył w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Akceptuję